Zaborówiec – dzień piąty i szósty

Przyznam szczerze, że brakuje mi podstawowych zasobów do pisania bloga – czasu i siły. Kadra wstaje między 6, a 7:30, chodzimy spać po północy, a i tak na wszystko nie starcza czasu. Nie narzekamy – moglibyśmy chodzić spać wcześniej, ale zawsze coś jest ciekawego do zrobienia. We wtorek wartowaliśmy, gdy obóz był podchodzony, w środę siedzieliśmy do późna z chłopakami i układaliśmy pasjansa, odpowiadając na niezwykle ważne pytania, a wczoraj dzięki uprzejmości taty Bruna, oglądaliśmy gwiazdy i planety przez teleskop.

Środa – pojechaliśmy na wycieczkę do Głogowa, wykorzystaliśmy pierwszy cieplejszy dzień na kąpiel w basenie. Bezcenny widok dzieciaków, które podziwiały płytki, wygodne toalety i nieograniczoną ilość wody pod prysznicem 🙂

Wyjazd zakończyliśmy wizytą w Lidlu, który w ciągu 40 minut naszej wizyty miał obroty porównywalne z weekendem przedświątecznym.

Po południu dzieciaki przygotowywały się do festiwalu, szykując piosenki, wiersze i scenki z życia naszego obozu. Sam festiwal odbył się wieczorem zamiast ogniska, a jego poziom nas bardzo pozytywnie zaskoczył. Wygrała ekipa o dźwięcznej nazwie Jelenie, w składzie Marcin, Kacper, Paweł, Bruno i Olaf. Ich humor w klimacie Monty Pythona urzekł publiczność i jury. Tuż za Jeleniami uplasowały się Darmozjady (Zosia, Jagna, Maja, Ania i Zuza), których scenki były najbardziej dopracowane ze wszystkich.

W czwartek pogoda była najlepsza od rozpoczęcia obozu, więc wykorzystaliśmy przedpołudnie na wycieczkę na kąpielisko. Po obiedzie natomiast młodsza część wzięła udział w zawodach sportowych, a starsi chłopacy popłynęli na spływ kajakowych, który okazał się wyjątkowo wymagający. Spróbowaliśmy przepłynąć łącznikiem między dwoma jeziorami – kiedyś uczęszczanym, obecnie bardzo zarośniętym trzciną. Kilometrowy odcinek pokonaliśmy w ok. 45 minut, z trudem przebijając się przez chaszcze. A to tylko podróż w jedną stronę, bo po kilku minutach odpoczynku rozpoczęliśmy nierówną walkę z przyrodą w drodze powrotnej. Było trudno, ale satysfakcji z dokonanego wyczynu nikt nam nie odbierze.

Zaborówiec – dzień czwarty

Oj działo się!

Będę pisał krótko, bo jest sporo zdjęć, które najlepiej oddają to jak wyglądał wtorek.

Przed południem dzieciaki miały zajęcia, w czasie których uczyły się budować szałasy, poruszać się cicho w lesie i rozegrały partię gry typu „capture the flag”. W tym czasie starszyzna walczyła w kilku grach siłowych. Bardzo ciekawy przebieg miały zapasy, które wygrał Maks.

Ok. 13:00 przyjechała „Rewolucja” wraz ze sprzętem do „Jaggera” – szybkiej, bardzo ekscytującej gry, będącej połączeniem rugby, quidditcha i walki na miecze. Zasady wydają się na początku skomplikowane, ale w czasie gry okazuje się, że są bardzo intuicyjne, a sama gra daje ogromny zastrzyk adrenaliny. Tu najważniejszą wiadomością jest fakt wygranej wychowawców z reprezentacją starszyzny 3:1. Rewanż wkrótce.

Popołudniu mieliśmy czas na kąpiel oraz krótki chrzest dla nowych obozowiczów.

Wieczorem odbyło się ognisko nieoficjalne, w czasie którego zjedliśmy kiełbaski i pianki, a na dwa najstarsze namioty czekała spora niespodzianka. Zaraz po zakończeniu kolacji, każdy z chłopaków dostał polecenie spakowania się w mały plecak. W ekwipunku znaleźć się miał śpiwór, karimata, picie, jedzenie, ciepłe ubrania i latarka. Tak przygotowani chłopacy, zostali podzieleni na dwie grupy i wyprowadzeni do lasu. Po dotarciu na wyznaczone miejsce, każda z ekip musiała zbudować sobie schronienie na noc, a następnie między godziną 23:00 a 2:00 wejść niepostrzeżeni do naszego podobozu i zostawić w nim mapę z lokalizacją swojego szałasu. Obie ekipy wywiązały się z zadania pierwszorzędnie – mimo wystawionej warty, udało się im ok. 0:30 podrzucić wiadomość. Zostali złapani dopiero pół godziny później, jak próbowali wrócić do swoich namiotów, żeby uzupełnić zapasy jedzenia 🙂

Zaborówiec – dzień drugi i trzeci

Już jesteśmy na właściwych torach – pobudka, mycie, śniadanie, zajęcia, obiad, zajęcia, kolacja, ognisko, mycie, spać – i tak do niedzieli. Zamiast zegarka mamy gwizdek, który wyznacza kolejne etapy dnia, narzucając rutynę. Brzmi nudno? A jest wręcz przeciwnie.

W niedzielę deszcz przestał padać ok. 10:00 i od tego czasu mamy względnie sucho – spadło jeszcze parę kropli, ale już nic co by przeszkadzało w prowadzeniu zajęć. Przed południem mieliśmy grę ekonomiczną, z elementami zaczerpniętymi z Monopoly, a popołudniu, wg. obozowego grafiku, przypadł nasz czas na kąpiele. Część dzieciaków się kąpała, inni uczyli się nowych piosenek z Panem Michałem, a starszyzna przestawiała trzy namioty, bo układ który zastaliśmy w obozie, nie spełniał do końca naszych potrzeb.

Wieczór to pierwsze ognisko – śpiewanie idzie nam nieźle, ale jeszcze daleko nam do ideału – pod koniec obozu coś nagramy, żeby pokazać rodzicom czego się nauczyliśmy.

Poniedziałek obudził nas pięknym słońcem. Po śniadaniu odbyła się, zapowiedziana wcześniej, kontrola porządku w namiotach – było bardzo dobrze – widać, że bardziej doświadczeni koloniści podpowiedzieli tym młodszym czym jest pilot i jak go uniknąć 🙂

Ok. 10:30 ruszyliśmy na wycieczkę – naszym celem była wieża widokowa w Dominikach, celem dzieci – sklep, co wcale nie było takie proste. Większość z uczestników dysponuje banknotami w większym nominałach, a to byłoby zabójcze dla małego, wiejskiego sklepiku, dlatego musieliśmy się rozdzielić. Najmłodsi wylądowali w najbliższym sklepie, najstarsi w tym oddalonym o kolejne 1,5 km, resztę rozdysponowaliśmy w dwóch sklepach między nimi. W efekcie, najstarsi chłopacy zrobili dzisiaj 11 km na piechotę, najmłodsi ok. 8.

Wróciliśmy o 14:15, czyli punktualnie na obiad. Po nim upragniona cisza poobiednia – wreszcie można było się rozłożyć w hamakach, na leżakach czy po prostu, w swoim łóżku.

W ramach zajęć popołudniowych ruszyliśmy na kajaki – mógł z nich skorzystać każdy, nawet najmłodsi, którym pomagali wychowawcy i nasi seniorzy, a nad bezpieczeństwem czuwał sympatyczny ratownik. Pogoda nie była już tak idealna, bo wiał dość silny wiatr, który dał się kilku z nas we znaki i zmusił do sporego wysiłku, żeby utrzymać właściwy kurs.

Wieczorem znowu ognisko – słychać postęp w śpiewaniu.

Teraz dzieciaki już zasypiają. Niektórym wieczór daje w kość – przed snem bardziej tęsknią za rodzicami, a zamiast uśmiechów na buziach gości grymas smutku. To trudny moment dla najmłodszych, ale też dla nas, wychowawców – robimy wszystko co w naszej mocy, żeby myśli dzieci nie błądziły w kierunku domu i ciepłego łóżka, ale w lesie to nie takie proste, a głos mamy w słuchawce potrafi złamać nawet najsilniejszych 9-latków 🙂

Jutro pogoda troszkę słabsza, ale powinna pasować do zaplanowanych zajęć. Ok. 12:00 spodziewamy się gości z Poznania – przyjeżdżają wychowawcy „Rewolucji” (a prywatnie moje rodzeństwo), z którą spędziliśmy wspólnie zeszłoroczny obóz – mają dla nas zajęcia-niespodziankę

Zdjęcia pojawią się pewnie rano, bo teraz czas na odprawę u komendantki bazy, chwilę zajmie, bo jutro mamy służbę w bazie – będziemy pełnić wartę na bramie i pomagać w kuchni.

Zaborówiec – dzień pierwszy

Jesteśmy na miejscu!

Każdy obóz, to miesiące przygotowań, szukania miejsca, załatwiania formalności, opracowywania planu. Dzień wyjazdu to gorączkowe pakowanie, dopilnowanie tych wszystkich małych rzeczy, które składają się na to, żeby ten ponad tydzień w lesie przebiegł bez zakłóceń. Jest tylko jedna rzecz, która może pokrzyżować nam plany, jeżeli mówimy o obozie pod namiotami – deszcz. Z jednej strony, nie ma co liczyć, że przez cały wyjazd będzie ciepło i słonecznie – lipiec jest najbardziej deszczowym miesiącem w roku, ale z drugiej, każdy liczy, że nie padnie na niego i  jego wakacje będą słoneczne. Nasze, póki co, nie są…

Z autobusu wysiadaliśmy z małym poślizgiem, bo właśnie przechodziła ulewa, potem czekaliśmy w stołówce, aż będziemy mogli przenieść się do obozu, w miarę suchą nogą. Na nasze szczęście, namioty czekały już rozbite po poprzedniej grupie, bo w tej pogodzie mielibyśmy nie lada wyzwanie.

Na szczęście po godzinie 12:00 pogoda zrobiła się znośna, a nawet wyszło słońce, więc mogliśmy dokończyć szykowanie obozu, który w tym roku ma pełnić rolę strefy relaksu i odpoczynku między zajęciami – na zdjęcia będzie można zobaczyć o co chodzi 😉

Tak nam upłynął czas do obiadu. Po ciszy poobiedniej młodsza część miała zajęcia, w czasie których dowiedziała się więcej na temat funkcjonowania bazy, poznała wszystkie zakamarki i obowiązujące zasady, starsi zaś poszli na strzelnicę.

Po kolacji odbyło się świecznisko – ze względów przeciw pożarowych, w podobozach nie możemy palić ognisk, ale już mamy ustalony grafik dla jedynego miejsca ogniskowego na terenie bazy i będziemy korzystali z niego w miarę dostępności.

Na bazie, poza nami przebywają środowiska harcerskie – dwie duże grupy (w tym jedna z Belgii) dzisiaj wyjeżdżają, w ich miejsce przyjeżdża niewielka grupa z Legnicy, a poza nami w bazie zostanie jeszcze ok. 100 osób z Hufca Poznań-Grunwald, z którym zamierzamy się trochę bardziej zintegrować w kolejnych dniach.

Prognozy pogody są dla nas optymistyczne, chociaż bardzo ciężko im wierzyć, gdy ranek przywitał nas kolejnymi opadami…

 

 

Środa i czwartek

Środa była bardzo trudnym dniem – deszcz padał praktycznie bez przerwy, udało się nam zorganizować zabawy świetlicowe. W ruch poszły materiały plastyczne i gry planszowe, po obiedzie odpaliliśmy nawet film – miał być puszczony na projektorze, ale okazało się, że elektronika nie przepada za wilgocią i musieliśmy korzystać z 15 cali, laptopowego ekranu.

Bardzo pozytywnym motywem było ognisko, którego rozpalenie po prawie 24h deszczu wymagało od nas sporo wysiłku i fantazji, ale udało się, a pani Jagoda i Patrycja spisały się na medal, podtrzymując żar w gęstym, gryzącym dymie. Dzieciaki bardzo chętnie śpiewały i nawet deszcz, który nieproszony pojawił się w trakcie, nie był przeszkodą dla nas.

Dzisiaj wstaliśmy wcześniej, wiedząc, że czeka nas wycieczka do bunkrów MRU. Niestety, obudził nas deszcz, więc nastroje nie były najlepsze. Po szybkim śniadaniu ruszyliśmy w trasę. Po godzinie jazdy w ciepłym autokarze atmosfera się poprawiła, niestety na krótko, bo na miejscu czekał na nas ponownie rzęsisty deszcz. Dopiero po wejściu do wnętrza bunkrów, mogliśmy trochę przeschnąć, po czym zanurzyliśmy się w historii tego miejsca, opowiadanej przy 10 stopniach Celsjusza… Było super – zeszliśmy 30 metrów pod ziemię, jeździliśmy drezyną po ciasnych korytarzach, a wróciliśmy do autokary transporterem opancerzonym – to było duże WOW!

W drodze powrotnej udało się podjechać do Lidla, gdzie zrobiliśmy sporo zamieszania przy kasach 🙂

Od momentu wyjścia z autokaru w Kaplinie deszczu już nie uświadczyliśmy. Nieśmiało zaczęło pojawiać się słońce, a nastroje wróciły na dobry, obozowy poziom.

Po obiedzie część dzieciaków pływała na kajakach inni gonili się w oryginalnych podchodach. Jutro z kajaków skorzystają pozostali chętni.

Wieczorem odbyło się bardzo sympatyczne ognisko, a teraz większość już śpi. Większość, bo kilka osób nadal śpiewa przy ognisku, a grupa ochotników ruszyła na podchodzenie obozu Rewolucji. Zadanie mają niełatwe, bo sąsiedni podobóz jest pilnie strzeżony, a obowiązują twarde zasady – każdy złapany będzie nocował w podchodzonym obozie i będziemy musieli go wykupić rano. Oczywiście jeśli uznamy, że warto 🙂