Miesiąc: Lipiec 2015

24.07 – CEPR

Po pierwsze – poprawiłem hasło do zdjęć z 22.07, można już przeglądać.

Dzisiaj od rana ruszyliśmy do Centrum Edukacji i Promocji Regionu, najbardziej znanego z domu do góry nogami, ale jak się okazało, to tylko ułamek atrakcji. Droga wiodąca przez las była tak przyjemna, że przegapiłem skręt i nadłożyliśmy 2km 🙂

Na miejscu czekała na nas pani przewodnik, która wspaniale opowiedziała nam o całym miejscu – poznaliśmy Kaszubskie Nuty, widzieliśmy najdłuższą deskę na świecie i drugą, jeszcze dłuższą. Sporą część Centrum zajmuje miejsce pamięci poświęcone Sybirakom i ofiarom Katynia. Prawdę mówiąc nie spodziewaliśmy się tego, a muszę przyznać, że całość jest zrobiona tak, aby ukazać jak najlepiej to co spotkało naszych rodaków – solidna lekcja historii.

Na dzieciakach jednak największe wrażenie zrobiła symulacja nalotu bombowego, którą przeżyliśmy w bunkrze, 3 metry pod ziemią, w całkowitej ciemności.

Na zakończenie zwiedzania został nam tylko osławiony dom. Odczucia były bardzo różne – parę osób nie miało w ogóle problemu z poruszaniem się wewnątrz, większość nerwowo szukała oparcia, a kilka osób musiało wyjść bardzo szybko, bo błędnik zaczął płatać figle. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju – polecam!

Szkoda straconego czasu przez dodatkowe kilometry, bo wielu miejsc nie zdążyliśmy zobaczyć – jeśli będziecie w okolicy, warto zarezerwować parę godzin na zwiedzanie.

Powrót odbył się już bez niespodzianek i zbędnych kilometrów – wróciliśmy 20 minut przed obiadem.

Po południu dzieciaki w grupach wykonały latawce, uczyły się rozwiązywać sudoku i zagraliśmy w kalambury na świeżym powietrzu.

Wieczorem dla chętnych film oraz zabawy ruchowe.

Jutro, na ostatni dzień, niestety pogoda się zepsuje, więc wszyscy wychowawcy siedzą nad zajęciami, które będziemy prowadzić wewnątrz.

Zdjęcia z całego dnia pojawią się bardzo późno, albo nawet dopiero jutro rano.

 

23.07 – Trójmiasto

Doczekaliśmy się – nikt nie wstał przed pobudką. Wreszcie udało nam się dzieciaki zmęczyć i pobudka na gimnastykę była nie lada wyzwaniem.

W nocy mocno padało, parę razy wysiadł prąd i w efekcie straciliśmy dostęp do internetu, teraz korzystać możemy znowu tylko z ławeczki przed szkołą, gdzie z trudem łapiemy zasięg.

Dzień przywitał nas chłodem i deszczem, ale zaufaliśmy prognozie (meteo.pl – polecam!) i ruszyliśmy do Trójmiasta.

W czasie drogi przestało padać i wyszło słońce – czyli zgodnie z oczekiwaniami. Wysiedliśmy przy Grand Hotelu w Sopocie i bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy brzegiem do Gdańska – Brzeźno. Droga zajęła nam ok. 1h 40 min, z jednym krótkim postojem. Po drodze moczyliśmy nogi w zaskakująco ciepłym morzu. Liczyliśmy, że dotrzemy szybciej i zdążymy zrobić zajęcia pod hasłem Egipt – budujemy piramidy, ale niestety po krótkim odpoczynku na mecie, musieliśmy podejść do autokaru, bo żołądki wołały „Jeść!”.

Obiad zjedliśmy w grupach na Gdańskiej Starówce – w sumie nie ma się czym chwalić – dwie grupy zjadły pizzę, najstarsi chłopacy wybrali kebab i zapiekanki – raz nie zawsze 🙂

Po krótkich zakupach i spacerze w okolicy Neptuna wróciliśmy do autokaru. Droga powrotna minęła spokojnie i sennie.

Po kolacji standardowo – zabawy na dworze, piłka nożna na sali, a teraz dzieciaki podjęły wyzwanie pani Martyny i Jagody, i biorą udział w konkursie karaoke.

Na jutro zapowiadają bardzo ładną pogodę, więc przedpołudnie spędzimy w Centrum Edukacji i Promocji Regionu. Według moich wyliczeń pokonaliśmy już marszem ok. 2o km, a jutro dołożymy kilka kolejnych.

Zdjęcia pojawią się trochę później, ale dzisiaj niestety nie będzie ich zbyt dużo.

Wypada jeszcze wspomnieć, że przez cały czas krąży wirus, który powoduje sensacje żołądkowe – objawy trwają kilkanaście godzin i praktycznie codziennie jedna lub dwie osoby mają wieczorem problem i lądują w izolatce. Pani Ola bardzo dzielnie walczy, żeby każdego szybko postawić na nogi – póki co daje sobie świetnie radę, również gdy problemy dopadły część kadry…

22.07 – Jezioro i Olimpiada

Środa miała być najcieplejszym dniem na kolonii, więc naturalnym wyborem była wycieczka nad jezioro. Opcje były dwie – autokar i trasa ok. 5 km w jedną stronę, albo 3 km marszu. Uznaliśmy, że skoro autokarem jechaliśmy dzień wcześniej na basen, a to są kolonie podróżnicze, to koniecznie musimy drogę na plaże pokonać pieszo.

Droga wiodąca przez Piekło, Niebo i Kolano zajęła nam ok. 40 minut – miło, przyjemnie i z górki. Na miejscu okazało się, że chętnych do kąpieli jest niewiele więcej niż połowa, a po sprawdzeniu temperatury wody, została już tylko garstka najtwardszych.

O godzinie 13:00 ruszyliśmy w drogę powrotną – narzuciliśmy trochę mocniejsze tempo i udało się dotrzeć w 45 minut – to dobry czas, biorąc pod uwagę, że połowa trasy jest pod górę.

Popołudniu odbyła się olimpiada sportowa, z dość nietypowymi konkurencjami i wielkim oblewaniem wodą na zakończenie. Zabawa niestety przeniosła się częściowo do szkoły, więc na kolację udaliśmy się dopiero po jej gruntownym wysprzątaniu.

Po kolacji postanowiliśmy zmęczyć dzieciaki do końca – zajęcia sportowe, plac zabaw, a dla starszych zapasy w stylu klasycznym i gra w małże.

Wieczorem zaprosiliśmy dzieciaki na mecz Lech Poznań – FK Sarajevo, a niezainteresowanym włączyliśmy na dużym ekranie film. Niestety nie mamy szczęście do sprzętu elektronicznego – po ok. 10 minutach projektor odmówił posłuszeństwa i dzieciaki rozeszły się – część do swoich pokojów i łóżek, a część na końcówkę meczu.

 

Zaraz ruszamy do Trójmiasta, gdzie spędzimy cały dzień. Póki co pogoda nie jest najlepsza, ale liczymy na poprawę po godzinie 11:00.

PS. Zdjęcia postaram się wrzucić jeszcze przed wyjazdem, ale nic nie obiecuję 🙂

21.07 – Basen i Master Chef

Ekipa ludzi z lasu wróciła o 8:44, minutę przed śniadaniem. Zwijanie namiotów i porządkowanie obozowiska zajęło nam ok. 45 minut, co można uznać za naprawdę niezły wynik. Wróciliśmy bardzo zadowoleni, ale niestety pachnący dymem i wyglądający trochę jak on – jacyś tacy szaro-burzy. Wybawienie miało nadjechać już o 9:30. Wynajęty autokar zawiózł nas do Aqua Centrum w Kościerzynie. O godzinie 12:00 wychodziliśmy czyści, pachnący chlorem i bardzo senni.

Po obiedzie ruszyły przygotowania do konkursy Master Chef, którego myślą przewodnią była kuchnia włoska. Każda z ekip miała przygotować przystawkę, danie główne oraz deser. Nie było wielkiego zaskoczenia – na 3 ekipy otrzymaliśmy: 3 razy spaghetti, 3 razy pomidory z serem, 1 raz tosty z serem i pomidorami, 1 raz tiramisu (wow!) oraz jedną bliżej-nieokreśloną-bananowo-owocowo-biszkoptową-pulpę-zwaną-deserem. Pomimo dość podobnych do siebie potraw, byliśmy zadowoleni z zaangażowania wszystkich uczestników i ostatecznych efektów – było naprawdę smacznie.

Jest już 21:00 – część dzieciaków ogląda filmy w świetlicy, część gra w gry, inni w piłkę nożną. Niestety cały czas pojawiają się wieczorne smutki. To taki moment, kiedy zmęczone dzieciaki dostają do ręki telefony, w słuchawce słyszą mamę, a w głowie budzą się wszystkie tęsknoty. Każdy problem, każda kłótnia urasta wtedy do ogromnej skali.
Oczywiście nie brakuje w ciągu dnia przykrych momentów – ktoś komuś coś powiedział, zabrał, nie dał, schował, śmiał się, albo właśnie nie śmiał kiedy powinien – staramy się znaleźć dla każdego czas, porozmawiać, pomóc, ale tak naprawdę dopiero możliwość opowiedzenia o wszystkim mamie (czasem również tacie, ale nie łudźmy się, nie jesteśmy do tego stworzeni), która zawsze zrozumie, pomaga na skołatane nerwy.

Dobranoc.

PS. Zdjęcia jeszcze się zgrywają, będę troszkę później, bo internet nie chce współpracować.

20.07 – Wieżyca

Post powstaje dopiero ok. 20:30 we wtorek, zaraz po nim siadam do opisania bieżącego dnia, czyli nadrabiam zaległości.

Poniedziałek był pierwszym dniem z poranną gimnastyką (w niedzielę tradycyjnie odpuszczamy sobie rozruch) – póki co wszyscy wstali w miarę sprawnie, ale wkrótce się to zmieni.

Po śniadaniu ruszyliśmy na wycieczkę na Wieżycę – standardowo, po pierwszych 10 minutach rozpoczęły się pytania – „daleko jeszcze?”, „kiedy postój?”, „daleko?”, „ile kilometrów już przeszliśmy?”, „daleko jeszcze?”, „kiedy wracamy?”, „po co tam idziemy?”…. i tak aż do powrotu.

Wystartowaliśmy o 10:00, a na szczycie byliśmy już o 10:45. Zapowiadało się lekko i przyjemnie, ale zaplanowaliśmy małą niespodziankę – powrót inną drogą, obejmującą obejście wieżycy dookoła, mniej więcej na wysokości 250 m n.p.m – w efekcie powrót trwał ok. 2h. Na szczęście praktycznie nikt nie narzekał na trudy marszu, zwłaszcza że około pół godziny od celu trafiliśmy na jagodowy zagajnik, w którym spędziliśmy dłuższą chwilę.

Liczyliśmy, że dzieciaki będą chciały odpocząć po powrocie, ale bardzo się pomyliliśmy – po kilkudziesięciu minutach i napełnieniu brzuchów obiadem, energia zaczęła ich wprost roznosić. Postanowiliśmy skanalizować ją w kierunku pracy twórczej – przełożyliśmy konkurs Master Chef na wtorek, a w zamian dzieciaki miały przygotować się do występu w kolonijnym „Mam talent” – był stand up, popisy wokalne solistek, akrobatyka, układy taneczne i popisy sportowe, a ogólny poziom tegorocznego festiwalu talentów oceniliśmy…wyjątkowo nisko. Niestety, chyba jednak wspinaczka na Wieżycę dała się we znaki i większości ekip zabrakło już sił na przygotowanie powalającego programu.

Wieczór miał przynieść niespodzianki – 19 chłopców i 3 dziewczynki, pod opieką pani Patrycji i moją, ruszyli na nocną wyprawę do lasu – uczyliśmy się rozbijać namioty, rozpalać ognisko jedną zapałką, robić podpłomyki, ale przede wszystkim spędziliśmy wspaniały czas na rozmowach i zabawie. Ognisko zgasło o godzinie 1:00 tuż po tym jak w namiotach w końcu zrobiło się cicho. Do godziny 4:00 (od 23:00), jedenastu ochotników na zmianę pełniło wartę.

W tym czasie, na terenie szkoły odbył się indyjski „Festiwal Kolorów” – zdjęcia mówią właściwie wszystko 🙂