Miesiąc: Lipiec 2018

Środa i czwartek

Środa była bardzo trudnym dniem – deszcz padał praktycznie bez przerwy, udało się nam zorganizować zabawy świetlicowe. W ruch poszły materiały plastyczne i gry planszowe, po obiedzie odpaliliśmy nawet film – miał być puszczony na projektorze, ale okazało się, że elektronika nie przepada za wilgocią i musieliśmy korzystać z 15 cali, laptopowego ekranu.

Bardzo pozytywnym motywem było ognisko, którego rozpalenie po prawie 24h deszczu wymagało od nas sporo wysiłku i fantazji, ale udało się, a pani Jagoda i Patrycja spisały się na medal, podtrzymując żar w gęstym, gryzącym dymie. Dzieciaki bardzo chętnie śpiewały i nawet deszcz, który nieproszony pojawił się w trakcie, nie był przeszkodą dla nas.

Dzisiaj wstaliśmy wcześniej, wiedząc, że czeka nas wycieczka do bunkrów MRU. Niestety, obudził nas deszcz, więc nastroje nie były najlepsze. Po szybkim śniadaniu ruszyliśmy w trasę. Po godzinie jazdy w ciepłym autokarze atmosfera się poprawiła, niestety na krótko, bo na miejscu czekał na nas ponownie rzęsisty deszcz. Dopiero po wejściu do wnętrza bunkrów, mogliśmy trochę przeschnąć, po czym zanurzyliśmy się w historii tego miejsca, opowiadanej przy 10 stopniach Celsjusza… Było super – zeszliśmy 30 metrów pod ziemię, jeździliśmy drezyną po ciasnych korytarzach, a wróciliśmy do autokary transporterem opancerzonym – to było duże WOW!

W drodze powrotnej udało się podjechać do Lidla, gdzie zrobiliśmy sporo zamieszania przy kasach 🙂

Od momentu wyjścia z autokaru w Kaplinie deszczu już nie uświadczyliśmy. Nieśmiało zaczęło pojawiać się słońce, a nastroje wróciły na dobry, obozowy poziom.

Po obiedzie część dzieciaków pływała na kajakach inni gonili się w oryginalnych podchodach. Jutro z kajaków skorzystają pozostali chętni.

Wieczorem odbyło się bardzo sympatyczne ognisko, a teraz większość już śpi. Większość, bo kilka osób nadal śpiewa przy ognisku, a grupa ochotników ruszyła na podchodzenie obozu Rewolucji. Zadanie mają niełatwe, bo sąsiedni podobóz jest pilnie strzeżony, a obowiązują twarde zasady – każdy złapany będzie nocował w podchodzonym obozie i będziemy musieli go wykupić rano. Oczywiście jeśli uznamy, że warto 🙂

 

Deszczowo

W poniedziałek popołudniu spadł pierwszy deszcz. Szczęśliwie, wbrew prognozom, niewielki, no i zdążyliśmy z przygotowaniem obozu na jego przyjście. Poprawiliśmy naciągi namiotów, nałożyliśmy profilaktycznie folie, częściowo się okopaliśmy.

Prognozy mówiły o ulewach, deszcz na szczęście był niewielki i udało się nam wyskoczyć na krótką wycieczkę do sklepu (dla chętnych). Jak się okazało, wycieczka ostatecznie nie była taka krótka, bo sklep w najbliższej miejscowości nie był czynny i to prawdopodobnie nie była jednorazowa przypadłość, a trwały stan rzeczy. Szybka decyzja – dla części przebyte 1,5 km w kaloszach było wystarczającym wyzwaniem i wraz z panią Julią wrócili do obozu, reszta odważnych i spragnionych słodyczy ruszyła dalej. Trasa wiodąca przez lasy i pola miała ok. 3 km, a sklep czekający na końcu nie grzeszył bogactwem asortymentu. Mimo to, dzielna ekipa wracała do obozu ze śpiewem na ustach, by zdążyć na kolację.

Wieczorem tradycyjne ognisko zastąpiliśmy świeczniskiem w jadalni – dzieciaki się nam bardzo rozśpiewały, co nas ze wszech miar cieszy, bo był to jeden z ważniejszych celów na tegoroczny obóz.

Noc przyniosła grzmoty i błyskawice, ale opadów już nie uświadczyliśmy.

Od rana zadzwoniła straż pożarna z ostrzeżeniem o ulewnych deszczach w godzinach 6:30-22:00. Pierwszy deszcz spadł jednak dopiero po obiedzie, ale za to całkiem solidny.

Po śniadaniu mieliśmy szkolenie z układania stosów ogniskowych i rozpalania mokrego drewna – poszło zaskakująco dobrze i co najmniej połowa stosów zapłonęła po użyciu tylko jednej zapałki.

Następnym punktem było szkolenie z samoobrony dla „starszyzny” i zajęcia sportowe dla młodszej części.

Jak wspomniałem, po obiedzie rozpadało się. Skala deszczu spowodowała, że musieliśmy się sporo napracować, żeby środkiem namiotów nie płynęły strumienie wody, ale generalnie udało się nam to starcie wygrać, teraz czekamy na następne, nocne.

Od 15:00 cały czas pada, ale większości uczestników zupełnie to nie przeszkadza, a w tej chwili szykują się do festiwalu twórczości obozowej, który odbędzie się na świecznisku po kolacji. Po hałasach dobiegających z namiotów, domyślamy się, że będzie bardzo wesoło.

Na jutro planujemy dłuższą wycieczkę pieszą do Mierzyna – będą upragnione sklepy, pizza i w ogóle wszystko co zupełnie nie pasuje do życia obozowego.

Krótka refleksja na koniec – mamy już dzieci lasu. Deszcz, błoto, chłód – to nie ma znaczenia – oni się bawią wyśmienicie. Do tego od rana trwa dzień życzliwości – dużo się uśmiechamy, robimy dobre uczynki i generalnie humory zupełnie nie pasują do dzisiejszej pogody.

Niedziela i poniedziałek

Dalsza część niedzieli to zajęcia integracyjne. Było super sympatycznie.

Rodziców o słabszych nerwach prosimy o nastawienie sobie melisy lub po prostu, zakończenie lektury bloga 🙂

Po śniadaniu część chłopaków wzięła udział w zajęciach na strzelnicy – korzystaliśmy z wiedzy i doświadczenia pani Patrycji, która startowała w Mistrzostwach Polski w strzelaniu sportowym. Korzystaliśmy z dwóch wiatrówek – karabinku Copperhead 900 i repliki legendarnego bondowskiego Walthera PPK. Pozostała część obozu wzięła udział w zabawach zorganizowanych przez panie Julię, Jagodę i Natalię.

Po południu mieliśmy grę z razem z sąsiednim obozem Rewolucji, prowadzonym przez Gosię Chełkowską-Dornę, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa 🙂

Zwieńczeniem gry była prawie godzinna walka ognia i wody. Wszyscy wychowawcy bronili wielkiego ogniska, przed natarciem 90 dzieciaków – w ruch poszły worki z wodą, miski, butelki, menażki. Obrońcy mogli być tylko żywą tarczą, pod koniec przemoczoną do suchej nitki. Było fantastycznie, zdjęcia z tej zabawy pojawią się później, bo znajdują się w telefonie Gosi 🙂

Wieczór to wspólne ognisko w podobozie Rewolucji – dwie gitary, piosenki, pląsy, zabawy i wspólny krąg.

Od rana w poniedziałek kadra ruszyła na polowanie do sklepów – niedziela bez handlu dała się nam we znaki i lodówki zaczęły świecić pustkami. Efekt polowań był imponujący i dzisiaj nikt nie mógł narzekać na kiepski obiad – nie chwaląc się zanadto – spaghetti a’la Adam zyskało miano najlepszego obiadu (jak dotąd oczywiście).

Na ciszy poobiedniej zareagowaliśmy na ostrzeżenia meteorologiczne i rozpoczęliśmy przygotowania na deszcz – poprawiliśmy naciągi, nałożyliśmy folie (na wszelki wypadek) i okopaliśmy część namiotów. Zupełnie przypadkiem, wyszły z tego fantastyczne zajęcia i doskonała nauka pracy zespołowej.

Pierwszą, delikatną burzę przeczekaliśmy w namiotach, głównie śpiewając z panią Natalią, a teraz biegniemy na pierwsze grupowe zakupy. Mamy krótką dziurę przed ulewą. Zdążymy?

PS. Zdjęcia wieczorem.

Kaplin – pierwsza doba

Wczoraj bezpiecznie i bez przygód dotarliśmy na miejsce obozu.

Plan był prosty – przenosimy sprzęt z magazynu na miejsce podobozu, rozkładamy namioty, potem łóżka i półki. Po skończonej pracy obiad, kąpiel w jeziorze, zajęcia programowe i ognisko. Czy coś mogło pójść nie tak?

Oczywiście, że tak! Po pierwsze, rozkładanie dużych namiotów wojskowych, z pozoru łatwe zadanie, wymaga sporo siły, umiejętności współpracy i planowania zadań. W efekcie, po rozbiciu z pomocą kadry pierwszych trzech namiotów w nieco ponad godzinę, kolejne 5 rozbijane było przez ok 3 godziny, a efekt pozostawiał wiele do życzenia. Jak z każdej aktywności na obozie, tak i z realizacji tego, wydawać by się mogło, prostego zadania, nasi uczestnicy musieli wyciągnąć wnioski. Jakie? O tym za chwilę.

Mieliśmy krótką przerwę w rozbijaniu obozu, którą wypełnił obiad i kilkanaście minut ciszy poobiedniej. Po skończonej pracy, odbyło się szkolenie BHP oraz wytyczenie dróg ewakuacyjnych, na wypadek pożaru lub wichury.

Około godziny 18:00 udało się nam wreszcie wskoczyć na chwilę do jeziora, po czym rozpoczęliśmy przygotowania do ogniska. Nie takiego z kiełbaskami – nasze ognisko bardziej przypomina to znane z obozów harcerskich – ze zwoją obrzędowością, strażnikami ognia, gitarą, wspólnym śpiewem i obowiązkową gawędą.

W trakcie gawędy nawiązałem do rozbijania obozu. Wytłumaczyłem wszystkim, że to nie prawda, że pojechali sami do lasu. Jesteśmy tu jako grupa, dbamy o siebie nawzajem, musimy sobie ufać i polegać na sobie nawzajem. Spróbowaliśmy zrozumieć, poprzez przykład przedpołudniowej pracy, co się dzieje, gdy nie angażujemy się w wykonanie zadania na rzecz całej grupy, w jaki sposób nasze obowiązku musi przejąć ktoś inny. To była ważna i potrzebna lekcja.

Noc minęła spokojnie.

Od rana rozpoczęliśmy śniadaniem, zajęciami programowymi, rozdaniem koszulek i pierwszym dyżurem w kuchni – polega on przede wszystkim na zadbaniu o porządek po zakończonym posiłku, a proszę mi wierzyć, nie jest to lekka i przyjemna praca.

Dzisiaj ostatni dzień względnie spokojnego czasu. Od jutra codziennie będziemy podkręcać tempo i stawiać poprzeczkę wyżej. Tak jak z żabą, wrzuconą do zimnej wody, którą jeśli będziemy stopniowo podgrzewać, żaba nawet nie zauważy, kiedy się ugotuje. W ten sam sposób powoli będziemy podnosić poprzeczkę naszym uczestnikom, a zanim się zorientują, odkryją w sobie siłę i umiejętności, których istnienia nie byli świadomi. Wrócą do Państwa inne dzieci 🙂

PS. Blog będzie powstawał nieregularnie. Będę się starał wrzucać posty codziennie, ale tylko jak będę miał chwilę wolnego czasu, więc o różnych porach dnia. Zdjęcia powinny pojawić się wkrótce – staramy się robić ich jak najwięcej, ale telefony rozładowują się tutaj błyskawicznie.