Zabezpieczony: Kilka zdjęć z 17.07

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Deszczowo

W poniedziałek popołudniu spadł pierwszy deszcz. Szczęśliwie, wbrew prognozom, niewielki, no i zdążyliśmy z przygotowaniem obozu na jego przyjście. Poprawiliśmy naciągi namiotów, nałożyliśmy profilaktycznie folie, częściowo się okopaliśmy.

Prognozy mówiły o ulewach, deszcz na szczęście był niewielki i udało się nam wyskoczyć na krótką wycieczkę do sklepu (dla chętnych). Jak się okazało, wycieczka ostatecznie nie była taka krótka, bo sklep w najbliższej miejscowości nie był czynny i to prawdopodobnie nie była jednorazowa przypadłość, a trwały stan rzeczy. Szybka decyzja – dla części przebyte 1,5 km w kaloszach było wystarczającym wyzwaniem i wraz z panią Julią wrócili do obozu, reszta odważnych i spragnionych słodyczy ruszyła dalej. Trasa wiodąca przez lasy i pola miała ok. 3 km, a sklep czekający na końcu nie grzeszył bogactwem asortymentu. Mimo to, dzielna ekipa wracała do obozu ze śpiewem na ustach, by zdążyć na kolację.

Wieczorem tradycyjne ognisko zastąpiliśmy świeczniskiem w jadalni – dzieciaki się nam bardzo rozśpiewały, co nas ze wszech miar cieszy, bo był to jeden z ważniejszych celów na tegoroczny obóz.

Noc przyniosła grzmoty i błyskawice, ale opadów już nie uświadczyliśmy.

Od rana zadzwoniła straż pożarna z ostrzeżeniem o ulewnych deszczach w godzinach 6:30-22:00. Pierwszy deszcz spadł jednak dopiero po obiedzie, ale za to całkiem solidny.

Po śniadaniu mieliśmy szkolenie z układania stosów ogniskowych i rozpalania mokrego drewna – poszło zaskakująco dobrze i co najmniej połowa stosów zapłonęła po użyciu tylko jednej zapałki.

Następnym punktem było szkolenie z samoobrony dla „starszyzny” i zajęcia sportowe dla młodszej części.

Jak wspomniałem, po obiedzie rozpadało się. Skala deszczu spowodowała, że musieliśmy się sporo napracować, żeby środkiem namiotów nie płynęły strumienie wody, ale generalnie udało się nam to starcie wygrać, teraz czekamy na następne, nocne.

Od 15:00 cały czas pada, ale większości uczestników zupełnie to nie przeszkadza, a w tej chwili szykują się do festiwalu twórczości obozowej, który odbędzie się na świecznisku po kolacji. Po hałasach dobiegających z namiotów, domyślamy się, że będzie bardzo wesoło.

Na jutro planujemy dłuższą wycieczkę pieszą do Mierzyna – będą upragnione sklepy, pizza i w ogóle wszystko co zupełnie nie pasuje do życia obozowego.

Krótka refleksja na koniec – mamy już dzieci lasu. Deszcz, błoto, chłód – to nie ma znaczenia – oni się bawią wyśmienicie. Do tego od rana trwa dzień życzliwości – dużo się uśmiechamy, robimy dobre uczynki i generalnie humory zupełnie nie pasują do dzisiejszej pogody.

Niedziela i poniedziałek

Dalsza część niedzieli to zajęcia integracyjne. Było super sympatycznie.

Rodziców o słabszych nerwach prosimy o nastawienie sobie melisy lub po prostu, zakończenie lektury bloga 🙂

Po śniadaniu część chłopaków wzięła udział w zajęciach na strzelnicy – korzystaliśmy z wiedzy i doświadczenia pani Patrycji, która startowała w Mistrzostwach Polski w strzelaniu sportowym. Korzystaliśmy z dwóch wiatrówek – karabinku Copperhead 900 i repliki legendarnego bondowskiego Walthera PPK. Pozostała część obozu wzięła udział w zabawach zorganizowanych przez panie Julię, Jagodę i Natalię.

Po południu mieliśmy grę z razem z sąsiednim obozem Rewolucji, prowadzonym przez Gosię Chełkowską-Dornę, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa 🙂

Zwieńczeniem gry była prawie godzinna walka ognia i wody. Wszyscy wychowawcy bronili wielkiego ogniska, przed natarciem 90 dzieciaków – w ruch poszły worki z wodą, miski, butelki, menażki. Obrońcy mogli być tylko żywą tarczą, pod koniec przemoczoną do suchej nitki. Było fantastycznie, zdjęcia z tej zabawy pojawią się później, bo znajdują się w telefonie Gosi 🙂

Wieczór to wspólne ognisko w podobozie Rewolucji – dwie gitary, piosenki, pląsy, zabawy i wspólny krąg.

Od rana w poniedziałek kadra ruszyła na polowanie do sklepów – niedziela bez handlu dała się nam we znaki i lodówki zaczęły świecić pustkami. Efekt polowań był imponujący i dzisiaj nikt nie mógł narzekać na kiepski obiad – nie chwaląc się zanadto – spaghetti a’la Adam zyskało miano najlepszego obiadu (jak dotąd oczywiście).

Na ciszy poobiedniej zareagowaliśmy na ostrzeżenia meteorologiczne i rozpoczęliśmy przygotowania na deszcz – poprawiliśmy naciągi, nałożyliśmy folie (na wszelki wypadek) i okopaliśmy część namiotów. Zupełnie przypadkiem, wyszły z tego fantastyczne zajęcia i doskonała nauka pracy zespołowej.

Pierwszą, delikatną burzę przeczekaliśmy w namiotach, głównie śpiewając z panią Natalią, a teraz biegniemy na pierwsze grupowe zakupy. Mamy krótką dziurę przed ulewą. Zdążymy?

PS. Zdjęcia wieczorem.

Kaplin – pierwsza doba

Wczoraj bezpiecznie i bez przygód dotarliśmy na miejsce obozu.

Plan był prosty – przenosimy sprzęt z magazynu na miejsce podobozu, rozkładamy namioty, potem łóżka i półki. Po skończonej pracy obiad, kąpiel w jeziorze, zajęcia programowe i ognisko. Czy coś mogło pójść nie tak?

Oczywiście, że tak! Po pierwsze, rozkładanie dużych namiotów wojskowych, z pozoru łatwe zadanie, wymaga sporo siły, umiejętności współpracy i planowania zadań. W efekcie, po rozbiciu z pomocą kadry pierwszych trzech namiotów w nieco ponad godzinę, kolejne 5 rozbijane było przez ok 3 godziny, a efekt pozostawiał wiele do życzenia. Jak z każdej aktywności na obozie, tak i z realizacji tego, wydawać by się mogło, prostego zadania, nasi uczestnicy musieli wyciągnąć wnioski. Jakie? O tym za chwilę.

Mieliśmy krótką przerwę w rozbijaniu obozu, którą wypełnił obiad i kilkanaście minut ciszy poobiedniej. Po skończonej pracy, odbyło się szkolenie BHP oraz wytyczenie dróg ewakuacyjnych, na wypadek pożaru lub wichury.

Około godziny 18:00 udało się nam wreszcie wskoczyć na chwilę do jeziora, po czym rozpoczęliśmy przygotowania do ogniska. Nie takiego z kiełbaskami – nasze ognisko bardziej przypomina to znane z obozów harcerskich – ze zwoją obrzędowością, strażnikami ognia, gitarą, wspólnym śpiewem i obowiązkową gawędą.

W trakcie gawędy nawiązałem do rozbijania obozu. Wytłumaczyłem wszystkim, że to nie prawda, że pojechali sami do lasu. Jesteśmy tu jako grupa, dbamy o siebie nawzajem, musimy sobie ufać i polegać na sobie nawzajem. Spróbowaliśmy zrozumieć, poprzez przykład przedpołudniowej pracy, co się dzieje, gdy nie angażujemy się w wykonanie zadania na rzecz całej grupy, w jaki sposób nasze obowiązku musi przejąć ktoś inny. To była ważna i potrzebna lekcja.

Noc minęła spokojnie.

Od rana rozpoczęliśmy śniadaniem, zajęciami programowymi, rozdaniem koszulek i pierwszym dyżurem w kuchni – polega on przede wszystkim na zadbaniu o porządek po zakończonym posiłku, a proszę mi wierzyć, nie jest to lekka i przyjemna praca.

Dzisiaj ostatni dzień względnie spokojnego czasu. Od jutra codziennie będziemy podkręcać tempo i stawiać poprzeczkę wyżej. Tak jak z żabą, wrzuconą do zimnej wody, którą jeśli będziemy stopniowo podgrzewać, żaba nawet nie zauważy, kiedy się ugotuje. W ten sam sposób powoli będziemy podnosić poprzeczkę naszym uczestnikom, a zanim się zorientują, odkryją w sobie siłę i umiejętności, których istnienia nie byli świadomi. Wrócą do Państwa inne dzieci 🙂

PS. Blog będzie powstawał nieregularnie. Będę się starał wrzucać posty codziennie, ale tylko jak będę miał chwilę wolnego czasu, więc o różnych porach dnia. Zdjęcia powinny pojawić się wkrótce – staramy się robić ich jak najwięcej, ale telefony rozładowują się tutaj błyskawicznie.

20.07.2017 – Lotnisko

Obudziła nas silna burza. Tego prawdę mówiąc się nie spodziewaliśmy, ale na szczęście już przed śniadaniem nie było śladu po deszczu i mogliśmy spokojnie ruszyć do Leszna.

Na miejscu czekał na nas przewodnik z Aeroklubu Leszczyńskiego, który w bardzo ciekawy sposób opowiadał nam o lotach szybowcowych, samolotach i wszystkim co związane z pracą na lotnisku. Sądząc po ilości pytań, u wielu z nas obudziły się marzenia o swobodnym locie szybowcem. Okazuje się, że taka przyjemność nie jest szczególnie droga (100-120 zł), a może dostarczyć niezwykłych emocji – gorąco polecamy jako prezent, również dla starszych dzieciaków.

Po zwiedzeniu hangaru, poszliśmy do tunelu aerodynamicznego, gdzie mogliśmy obserwować prawdziwą magię – loty w zamkniętym pomieszczeniu. To zrobiło na nas chyba największe wrażenie.

Dodatkową atrakcją okazała się wizyta dziennikarki z portalu leszno24.pl, która opublikowała krótki artykuł na temat naszej wizyty.

Po obiedzie poszliśmy na plażę, bo pogoda zrobiła się wręcz nieznośna. Chyba znowu idzie burza, bo było gorąco i duszno.

Pod wieczór chłopacy poszli stoczyć kolejny nierówny bój z „miejscowymi” na boisku szkolny, a część dzieciaków bawiła się na placu zabaw.

Na dobry sen udało się nam jeszcze obejrzeć awans Kolejorza do następnej rundy eliminacji Ligi Europy.